– MYŚLISZ, ŻE mama będzie w białej sukience? – spytała Eri- ka, odwracając się na łóżku do Patrika.
– Rzeczywiście, bardzo śmieszne – odparł. Zaśmiała się i szturchnęła go w bok.
– Dlaczego tak ci przeszkadza, że wychodzi za mąż? Ojciec od dawna ma drugą żonę, więc co w tym dziwnego?
– Wiem, że to głupie. – Patrik pokręcił głową. Spuścił nogi z łóżka i
zaczął wciągać skarpetki. – Lubię Gunnara i czu- ję ulgę, że mama nie
będzie sama… – Wstał i włożył dżinsy. – Po prostu nie zdążyłem się do
tego przyzwyczaić. Odkąd pamiętam, mama była zawsze sama, więc jeśli się
w to wgłę- bić, pewnie to problem na linii matka – syn. Nie mieści mi
się w głowie… że mama może… współżyć.
– Chcesz powiedzieć, że mama i Gunnar chodzą ze sobą do łóżka?
Patrik zatkał uszy rękami.
– Przestań!
Śmiejąc się, rzuciła w niego poduszką. Od razu do niej wróciła.
Rozpętała się prawdziwa wojna. Patrik rzucił się na nią. Zapasy szybko
przeszły w pieszczoty i przyśpieszone oddechy. Erika wyciągnęła ręce i
właśnie zaczęła mu rozpinać pierwszy guzik spodni.
– Co wy robicie?
Znieruchomieli na dźwięk jasnego głosiku Mai i odwrócili się do drzwi.
Stała w nich nie tylko Maja: również obaj bliźniacy przyglądali się
leżącym na łóżku rodzicom.
– Trochę się łaskotaliśmy – odparł zasapany Patrik i wstał.
– Załóż w końcu zasuwkę! – syknęła Erika, zasłaniając siękołdrą.
Usiadła na łóżku i spróbowała się uśmiechnąć.
– Idźcie na dół i zacznijcie szykować śniadanie, zaraz przyjdziemy.
Patrik zdążył się już ubrać i popchnął dzieci przed sobą.
– A jak nie możesz sam założyć, to poproś Gunnara. Mam wrażenie, jakby
był w ciągłym pogotowiu z tą swoją skrzynką z narzędziami. Chyba że jest
zajęty twoją mamą…
– Odpuść – zaśmiał się Patrik i wyszedł.
Erika położyła się, uśmiechając się do siebie. Mogła jeszcze chwilkę
poleżeć. Nie musiała chodzić do pracy na określoną godzinę, co w
sytuacji, kiedy człowiek jest swoim własnym szefem, może być plusem, ale
również minusem. Praca pisarza wymaga charakteru i dyscypliny
wewnętrznej, czasem brakowało jej też kontaktu z ludźmi. Ale kochała to
swoje pisanie. Lubiła tchnąć życie w bohaterów swoich opowieści,
dokumentować ich losy i dowiadywać się, co się zdarzyło i dlaczego.
Rzecz, nad którą obecnie pracowała, nęciła ją od dawna. Sprawa małej
Stelli, uprowadzonej i zamordowanej przez Helen Persson i Marie Wall,
głęboko wzburzyła mieszkańców Fjällbacki i nadal ich poruszała.
W dodatku Marie Wall właśnie wróciła do Fjällbacki. Podziwiana gwiazda Hollywood przyjechała, żeby zagrać w filmie o Ingrid Bergman. Miasteczko aż się trzęsło od plotek. Wszyscy znali te dziewczyny albo ich rodziny i wszyscy przeżyli szok, gdy tamtego lipcowego popołudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku zwłoki Stelli odnaleziono w leśnym stawie. Odwracając się na bok, Erika zastanawiała się, czy słońce świeciło wtedy równie mocno jak tego dnia. Sprawdzi, kiedy już przyjdzie czas, żeby przejść przez przedpokój do gabinetu. Jeszcze chwilę poczeka. Zamknęła oczy i słuchając głosów Patrika i dzieci dochodzących z kuchni, z parteru, zapadła w drzemkę.
Helen pochyliła się i rozejrzała. Spocone dłonie oparła na kolanach.
Pobiła własny rekord, chociaż wybiegła później niż zwykle. Patrzyła na
rozciągające się przed nią błękitne, krystaliczne morze, ale w środku
miała burzę. Wyprostowała się i objęła, ale nie mogła powstrzymać
drżenia. W tym momencie jakby ktoś przeszedł po moim grobie – mawiała
jej matka. Może rzeczywiście. Nie w tym sensie, że przeszedł po j e j
grobie. Po jakimś. Czas spuścił zasłonę na to, co było, wspomnienie
było bardzo niewyraźne. Pamiętała przede wszystkim głosy domagające się
odpowiedzi, chciały wiedzieć, co dokładnie się stało. Pytania powtarzały
się raz za razem, w końcu sama już nie wiedziała, co było ich prawdą, a
co jej. Wtedy powrót do Fjällbacki i układanie sobie życia na nowo
wydawały jej się zupełnie niemożliwe. Ale z biegiem lat szepty i krzyki
ucichły, przeszły w ciche pomrukiwania, żeby w końcu zupełnie zamilknąć.
Znów stała się niekwestionowaną częścią tutejszej rzeczywistości. Znów
się zacznie gadanie. Wszystko wróci. I jak to zwykle bywa, różne
wydarzenia zbiegły się w czasie. Po liście od Eri- ki Falck, która
napisała, że pracuje nad książką i chciałaby się z nią spotkać, przez
kilka tygodni nie mogła spać. Musiała od- nowić receptę na tabletki,
których już od lat nie brała. Bez nich nie dałaby rady, a potem na
dodatek dowiedziała się, że wróciła Marie. Trzydzieści lat minęło. Żyli z
Jamesem w ciszy i spokoju, wiedziała, że James właśnie tak chce. W
końcu przestaną ga- dać, mówił. I miał rację. Mroczny czas minął szybko,
powinna tylko dbać o to, żeby nadal wszystko było jak należy. A wspo-
mnienia udało jej się zepchnąć w niepamięć. Aż do teraz. Pod powiekami
mignął jej wyraźny obraz twarzy Marie. I radosny uśmiech Stelli. Znów
skierowała wzrok na morze, starała się podążać za nielicznymi falami.
Ale obrazy nie chciały odpłynąć. Marie wróciła, a wraz z nią nadciągnęła katastrofa.
– Przepraszam, gdzie tu jest toaleta?
Sture spojrzał zachęcająco na Karima i pozostałych uczestników
lekcji szwedzkiego w ośrodku dla uchodźców w Tanumshede. Wszyscy starali
się w miarę możliwości powtarzać za nim.
– Przepraszam, gdzie tu jest toaleta?
– Ile to kosztuje? – ciągnął Sture.
Za nim chór:
– Ile to kosztuje?
Karim zmagał się ze sobą, usiłując połączyć głoski wymawiane przez
Sturego, który stał przed tablicą z wypisanymi zwrotami. Wszystko było
inne. Litery, które mieli czytać, i dźwięki, które mieli wydawać.
Rozejrzał się po pokoju, w którym siedziało sześć zdeterminowanych osób.
Pozostali albo korzystali ze słońca i grali w piłkę, albo leżeli w
swoich domkach. Jedni próbowali przespać kolejny dzień, podczas gdy inni
wymieniali maile z przyjaciółmi i krewnymi, którzy zostali na miejscu i
z którymi wciąż można się było skontaktować, albo surfowali po
portalach informacyjnych. Niewiele znajdowali wiadomości z kraju. Rząd
uprawiał propagandę, a światowe media natrafiały na trudności, kiedy
próbowały wysyłać tam korespondentów. W poprzednim życiu Karim był
dziennikarzem, więc zdawał sobie sprawę, jakim problemem jest zdobycie
prawdziwych i aktualnych relacji z kraju ogarniętego wojną, zwłaszcza
tak rozdartego przez siły wewnętrzne i zewnętrzne jak Syria.
– Dziękuję, że nas do siebie zaprosiliście.
Karim prychnął. Nigdy nie będzie miał okazji tego powiedzieć. Szybko się
nauczył, że Szwedzi są bardzo zdystansowa. W ogóle nie mieli z nimi
kontaktu, jeśli nie liczyć Szwedów pracujących w ośrodku dla uchodźców.
Żyli jakby w małym państwie w państwie, w izolacji od świata
zewnętrznego. Za towarzystwo mieli tylko siebie. I wspomnienia z
Syrii. Dobre, ale przede wszystkim złe. Przez wielu przeżywane wciąż na
nowo. Karim starał się wyprzeć je z pamięci. Wojnę, która stała się
codziennością. A potem długą podróż do ziemi obiecanej na północy
Europy. Udało mu się przetrwać. Razem z ukochaną Aminą i swoimi skarbami
Hassanem i Samią. Tylko to się liczyło. Zdołał ich dowieźć w bezpieczne
miejsce, gdzieś, gdzie mają przed sobą jakąś przyszłość. W snach
widział ciała unoszące się na wodzie, ale kiedy otworzył oczy, znikały.
On i jego rodzina są tutaj. W Szwecji. Tylko to się liczy.
– A jak się mówi, kiedy się uprawia z kimś seks?
Mówiąc to, Adnan się zaśmiał. On i Khalil byli najmłodsi. Siedzieli obok siebie i podpuszczali się nawzajem.
– Więcej szacunku – odezwał się po arabsku Karim, rzucając im gniewne spojrzenie.
Wzruszył ramionami i spojrzał przepraszająco na Sturego, który lekko
kiwnął głową. Khalil i Adnan przyjechali do Szwecji sami, bez rodziny i
przyjaciół. Udało im się wyrwać z Aleppo, zanim ucieczka stała się zbyt
niebezpieczna. Ucieczka albo zostanie na miejscu. Jedno i drugie
oznaczało to samo śmiertelne zagrożenie. Mimo tego oczywistego braku
szacunku Karim nie potrafił się na nich gniewać. Przecież to jeszcze
dzieci. Wystraszone i samotne w obcym kraju. Została im tylko
zuchwałość. Wszystko było obce. Karim rozmawiał z nimi po lekcjach. Ich
rodziny wysupłały ostatni grosz, żeby tylko przedostali się do Szwecji.
Na ich barkach spoczął niemały ciężar: nie tylko zostali wysłani do
zupełnie obcego świata, ale też oczekiwano od nich, żeby jak najprędzej
urządzili się na miejscu tak, żeby móc ściągnąć rodziny z ogarniętej
wojną Syrii. Rozumiał ich, ale uważał, że nie wolno im odnosić się do
nowej ojczyzny bez szacunku. Nawet jeśli Szwedzi się ich boją, to
przecież ich przyjęli. Dali strawę i dach nad głową. A Sture poświęcał
im swój wolny czas, żeby ich uczyć, jak pytać, ile coś kosztuje i gdzie
jest toaleta. Karim wprawdzie nie rozumiał Szwedów, ale był im dozgonnie
wdzięczny za to, co zrobili dla jego rodziny. Nie wszyscy się z nim
zgadzali, a ci, którzy nie szanowali nowego kraju, szkodzili pozostałym.
Przez nich Szwedzi robili się jeszcze bardziej podejrzliwi.
– Jaka dziś ładna pogoda – powiedział wyraźnie stojący przed tablicą Sture.
– Jaka dziś ładna pogoda – powtórzył Karim i uśmiechnął się. Już po
dwóch miesiącach pobytu w Szwecji zrozumiał, dlaczego Szwedzi tak się
cieszą, kiedy świeci słońce. Cholerna psia pogoda – to był jeden z
pierwszych zwrotów, jakich się nauczył po szwedzku. Chociaż wciąż mu nie
wychodziło to pś na początku.
– Jak często uprawia się seks, kiedy jest się w tym wieku? Jak myślisz? – spytała Erika i pociągnęła łyk musującego wina.
Anna wybuchnęła głośnym śmiechem, ściągając na siebie spojrzenia pozostałych gości kawiarni na molo.
– Serio pytasz, siostra? Nad tym się zastanawiasz? Jak często matka Patrika chodzi do łóżka?
– No wiesz, myślę w szerszym kontekście – odparła Erika, nabierając na
łyżkę owoców morza. – Ile jeszcze lat fajnego współżycia zostało? A może
w którymś momencie człowiek traci zainteresowanie seksem? Utrzymuje się
na tym samym poziomie czy zamiast tego człowiek czuje nieodpartą
potrzebę rozwiązywania krzyżówek albo sudoku i zajadania się pralinkami?
– No więc…
Anna pokręciła głową, starała się usadowić w miarę wygodnie. Patrząc na
nią, Erika poczuła gulę w gardle. Nie tak dawno miały straszliwy wypadek
samochodowy. Anna straciła dziecko, którego się spodziewała. Blizny na
zawsze pozostaną na jej twarzy, ale wkrótce urodzi następne dziecko,
owoc miłości do Dana. Życie bywa naprawdę zaskakujące.
– Myślisz na przykład, że…
– Jeśli choćby napomkniesz o naszych rodzicach, to wstanę i wyjdę –
powiedziała Anna, podnosząc ostrzegawczo dłoń. – Nawet myśleć o tym nie
chcę. Erika się zaśmiała.
– Okej, nie napomknę, ale jak myślisz, jak często uprawiają seks Kristina i Bob Budowniczy?
– Erika! – Anna zasłoniła twarz rękami i znów pokręciła głową. –
Skończcie wreszcie z nazywaniem biednego Gunnara Bobem Budowniczym. I to
tylko dlatego, że jest uczynny i zręczny.
– Dobra, więc porozmawiajmy o ślubie. Ty też zostałaś poproszona o radę w
sprawie sukni? Nie mogę sama doradzać i robić dobrej miny, kiedy będzie
mi pokazywać kolejną koszmarnie ciotkowatą kreację.
– Owszem, mnie też poprosiła. – Anna starała się pochylić, żeby dosięgnąć swojej kanapki z krewetkami.
– Połóż ją od razu na brzuchu – zaproponowała z uśmiechem Erika.
Anna odpowiedziała wściekłym spojrzeniem. Oboje z Danem cieszyli się na
to dziecko, ale w taki upał chodzenie w ciąży było mało przyjemne,
zwłaszcza że jej brzuch był wręcz gigantycznych rozmiarów.
– Może spróbujemy na nią wpłynąć? Ma świetną figurę, w talii jest
szczuplejsza ode mnie i ma lepsze piersi, tylko boi się je pokazywać.
Pomyśl, jak by jej było ładnie w wąskiej koronkowej sukni z dekoltem.
– Jeżeli chcesz przeprowadzić akcję metamorfoza, to proszę, beze mnie –
odparła Anna. – Cokolwiek włoży, będę jej mówić, że wygląda wspaniale.
– Cykor z ciebie.
– Pilnuj swojej teściowej, a ja będę pilnowała swojej.
Z prawdziwą przyjemnością odgryzła kęs kanapki z krewetkami.
– Dobra, chociaż Esther jest cholernie męcząca – zauważyła Erika,
przypominając sobie miłą matkę Dana, która nigdy nie pozwoliłaby sobie
na jakąkolwiek krytykę albo odmienny pogląd. Pamiętała ją z czasów,
kiedy sama chodziła z Danem.
– Masz rację, udała mi się – odparła Anna i zaklęła, bo kanapka wylądowała na jej brzuchu.
– Nie martw się, przy takich balonach i tak nie widać brzucha – powiedziała Erika, wskazując na piersi Anny w rozmiarze G.
– Zamknij się.
Anna próbowała zetrzeć majonez z sukienki. Tymczasem Erika pochyliła
się, ujęła w dłonie twarz młodszej siostry i pocałowała ją w policzek.
– A to co? – spytała zdumiona Anna.
– Kocham cię – odpowiedziała Erika krótko i podniosła do góry kieliszek.
– Za nas, Anno. Za ciebie, za mnie i naszą zwariowaną rodzinę. Za
wszystko, co przeszłyśmy, co przeżyłyśmy, i za to, że już niczego przed
sobą nie ukrywamy. Anna zamrugała oczami, a potem podniosła
szklankę z colą i stuknęła się z Eriką.
– Za nas.
Przez mgnienie oka Erice wydawało się, że we wzroku Anny
dojrzała coś mrocznego, ale musiało to być złudzenie. Sanna pochyliła
się nad krzakiem jaśminowca i wciągnę- ła w nozdrza zapach.
Inaczej niż zwykle nie podziałał na nią uspokajająco. Wokół kręcili się
klienci: podnosili doniczki, ła- dowali na taczki ziemię, ale prawie ich
nie zauważała. Miała przed oczami tylko jedno: fałszywy uśmiech Marie
Wall. Nie mieściło jej się w głowie, że wróciła. Po tylu latach. Jak- by
nie wystarczyło, że musi się natykać w miasteczku na Helen i jeszcze
kiwać jej głową na dzień dobry. Pogodziła się z tym, że Helen jest
niedaleko, co pewien czas wpadała na nią i w jej oczach czytała poczucie
winy, z biegiem lat zjadające ją coraz bardziej. Natomiast Marie nigdy
nie po- kazała po sobie, że żałuje, a jej uśmiechnięte zdjęcia były we
wszystkich tabloidach. Teraz wróciła. Fałszywa, piękna, roześmiana
Marie. Kiedyś chodziły do tej samej klasy w Kyrkskolan*. Z zazdrością
patrzyła na jej długie rzęsy i kręcone blond włosy aż do pasa, ale już
wtedy dostrzegła w niej zło. Dzięki Bogu, że chociaż rodzice nie dożyli
widoku uśmiechniętej Marie w Fjällbace. Miała trzynaście lat, kiedy mama
umarła na raka wątroby, a piętnaście, kiedy ostatnie tchnienie wydał
ojciec. Lekarze nie potrafili określić bezpośredniej przy- czyny zgonu,
ale ona i tak wiedziała. Umarł z żalu. Pokręciła głową i ból natychmiast
przypomniał jej o sobie. Musiała potem zamieszkać u ciotki Linn, ale
nigdy nie po- czuła się tam u siebie. Dzieci ciotki i wujka Paula były
od niej dużo młodsze. Nie wiedzieli, co począć z nastoletnią sierotą.
Nie byli dla niej źli ani niemili, na pewno się starali, ale pozostali
obcy. Wybrała naukę w odległym technikum rolniczym i prawie zaraz po
maturze poszła do pracy. Od tamtej pory treścią jej życia była praca.
Prowadziła nieduże gospodarstwo ogrodnicze na obrzeżach Fjällbacki.
Zarobek był niewielki, ale wystarczał, żeby mogła utrzymać siebie i
córkę. Więcej nie potrzebowała. Po śmierci Stelli jej rodzice umarli za
życia. Nawet ich rozumiała. Są ludzie, którzy rodzą się z wyjątkowo
silnym urokiem, i Stella do nich należała. Zawsze radosna, miła, gotowa
obdzielać wszystkich całusami i uściskami. Gdyby Sanna mogła w tamten
upalny letni poranek umrzeć zamiast niej, zrobiłaby to.
Ale to Stellę znaleźli w leśnym jeziorku. Wtedy wszystko się skończyło.
– Przepraszam, czy jest jakaś odmiana róż łatwiejsza w uprawie od
innych? Drgnęła i podniosła wzrok. Spojrzała na kobietę, której
wcześniej nie zauważyła. Kobieta się uśmiechnęła, zmarszczki na jej
twarzy się wy- gładziły.
– Kocham róże, ale niestety nie mam ręki do kwiatów – dodała.
– Chodzi pani o jakiś konkretny kolor? – spytała Sanna. Była prawdziwą specjalistką od kojarzenia ludzi i roślin.
Jedni pasują do kwiatów wymagających różnych zabiegów i większej
uwagi. Tacy potrafią zadbać o dobrostan orchidei, żeby kwitła raz po raz
i żeby mogli spędzić razem wiele szczęśliwych lat. Inni ledwo dają
sobie radę sami ze sobą i potrzebują roślin cierpliwych i mocnych. Może
nie kaktusów – te zo- stawiała dla najcięższych przypadków. Takim
proponowała na przykład skrzydłokwiat Wallisa albo monsterę dziurawą.
Po- łączenie właściwej rośliny z właściwym człowiekiem stawiała sobie za
punkt honoru.
– Różowy – odparła klientka z rozmarzeniem. – Uwielbiam róż.
– W takim razie mam dla pani właściwą różę. Gęstokolczastą. Musi się
pani trochę postarać przy sadzeniu. Trzeba wykopać głęboki dół i dobrze
go nawodnić. Następnie pod- sypać trochę nawozu. Dam pani odpowiedni
rodzaj. A potem wsadzi pani krzak róży. Zasypie ziemią i znów podleje.
Pod- lewanie jest bardzo ważne na początku, kiedy roślina się ukorzenia.
Potem wystarczy pilnować, żeby nie uschła. I przyciąć na przedwiośniu.
Mówi się, że trzeba to robić wtedy, kiedy na brzozach pojawiają się
mysie uszka. Kobieta patrzyła rozkochanym wzrokiem na krzak róży, który
włożyła jej do wózka. Sanna doskonale ją rozumiała. Róże mają w sobie
coś szczególnego. Często porównywała do nich ludzi. Stella byłaby różą
francuską. Piękną, wspaniałą, z kilkoma warstwami płatków. Kobieta
chrząknęła.
– Wszystko w porządku? – spytała. Sanna pokręciła głową. Zdała sobie sprawę, że znów pogrążyła się we wspomnieniach.
– W porządku, jestem tylko trochę zmęczona. To przez ten upał…
Kobieta przytaknęła.
Ale nie było w porządku. Zło wróciło. Ona wyczuwała to tak samo wyraźnie jak zapach róż. „Czarownica” Camilli Läckberg fragment
Komentarze
Prześlij komentarz